Nie bawiłam się rok temu w Blog Day, to był początek kryzysu blogowego. Ale tym razem tego już nie opuszczę. I wygląda na to, że jestem w sieci własnie od pierwszego dnia blogów, ha!
Blog Day zawsze przypadający na 31 sierpnia, bloggerzy w Polsce i na świecie świętują poprzez polecenie 5 innych blogów.
Unleashed English – uwielbiam Anglię, uwielbiam kulturę angielską, uwielbiam angielskie filmy, uwielbiam język angielski. Dla jednych tym ulubionym, wybranym jęzkiem jest włoski, albo francuski, dla mnie jest to angielski. Na tym blogu anglista pisze o ciekawostkach językowych, daje różne porady językowe, użyteczne zwroty i słówka. Dużo się można nauczyć :)
Belfer Blog – blog Dariusza Chętkowskiego, nauczyciela liceum, aktywnie komentującego polską oświatę ze strony administracyjnej jak i społecznej. Porusza bardzo ciekawe kwestie. Szkoda tylko, że od tego roku szkolne sprawy będą dla mnie nieco bardziej odległe. Eh, będę za nimi tęsknić. Na razie jednak…mam jeszcze miesiąc wakacji, HAHAH! :P
Zrób to w Warszawie – stricte o Warszawie i jej życiu kulturalnym. Prowadzą go autorzy alternatywnego przewodnika po stolicy o tej samej nazwie. Nie sądziłam, że żyjąc w tym mieście tak długo, mogę się jeszcze nim tak zafascynować. Chociaż trzeba przyznać, że dopiero w ostatnich latach nastąpił największy jak dotąd wysyp takich kulturalnych miejsc. Kocham to miasto.
My Milk Toof – przeuroczy fotoblog przedstawiający perypetie dwóch mlecznych zębów. Słodziutkie :>
Hyperbole and a Half – brzydki blog osobisty okraszony obskurnymi i jednocześnie genialnymi rysunkami. Każdy kwadrat emanuje zajebistą ekspresją. I jakie to trafne. Chociaż to naprawdę, naprawdę osobisty to czyta się go tak super gładko. To mój nowy nabytek, dlatego tak entuzjastycznie ;)
Jeżeli chodzi o sztukę raczej należę do tradycjonalistów. Wiadomo jednak, że poza doznaniami estetycznymi istotą sztuki jest również jej znaczenie i przesłanie. Dlatego idąc na wystawę nie próbuję oczekiwać wizualnego zachwytu, a jakiejś przemowy, dyskusji i przemyśleń. Z takim też nastawieniem poszłam dwa miesiąće temu na wystawę Ars Homo Erotica w Muzeum Narodowym. Kościół się wykrzyczał o tym, że to straszna manipulacja, instrumentalne wykorzystanie sztuki. Bo to prawda! Sztuka jest przede wszystkim narzędziem!
Więc poszłam zobaczyć, żeby głównie poznać powód oburzeń, powodu bliskiego zwolnienia dyrektora muzeum, żeby być na czasie w obliczu spopularyzowania tematu LGBT w kulturze i społeczeństwie (i też dlatego, żeby móc o czym rozmawiać na ewentualnej autoprezentacji na ASP).
Samsung N150 o 1GB-owej pamięci RAM i procesorze Intel Atom (1,66GHz) z ekranem wielkości 10,1 “. Jakkolwiek mało przekonująco to maleństwo brzmi, to jednak jest absolutnie wystarczający do mojej “lekkiej pracy ulicznej, która zawiera w sobie zarządzenie dokumentami, oglądanie filmów i Internet.
Do ostatniej chwili miałam wątpliwości co do opłacalności tego zakupu, straszono mnie jego niską wydajnością (tj, koniec stron z flashem, firefox będzie bardzo mulił, bo nie dość, że 1GB RAMU to jeszcze bardzo słaby Intel Atom) i nieopłacalnością – bo przecież można dołożyć drugie 1000zł i mamycałkiem dobry laptop. Teraz, po miesięcznym użytkowaniu, szczerze się cieszę z zakupu.
Jeżeli netbook służy jako dodatek, używany w nieco mniej komofrtowych warunkach niż w domu jest świetny. Za takie pieniądze ludzie kupują palmtopy i wielofunkcyjne telefony, więc czemu nie kupić sobie od razu komputerek.
Czuję się winna, że olałam blogowanie i to nawet bez uprzedzenia. Przez co powrót może być trudniejszy niż myślałam. Świadczy o tym ten wpis, za który się zabierałam wiele, wiele razy (dużo wiecej razy niż tu uwzględniłam).
[Kwiecień/Maj 2010]
Siedzę w empik cafe popijając najlepszą, gęstą gorącą czekoladę w mieście za 9zł wg mojego osobistego rankingu. Zdeklasowała ona mojego poprzedniego faworyta jakim była Pijalnia Wedla, z powodu redukcji ilości podawanej czekolady do mikrofiliżaneczki, nie wspominając o utracie dawnej gęstości. I to wciąż za 11zł.
Empik Cafe to nie jest offowa kawiarenka dla hipsterów, ale dla zajętych i śpieszących miastowych, ma swój urbanistyczny klimat, specyficzny dla punktu w wielkim mieście.
Siedzę tu dla czekolady i świetnego widoku na Pałac Kultury i cały pl. Defilad…i oczywiscie dla 3-piętrowego asortymentu Empika :>
[Czerwiec 2010]
Znów siedzę w empik cafe z gorącą czekoladą oraz ze stosem książek do historii sztuki. Podczas gdy większość maturzystów może się już cieszyć 4 miesięcznymi wakacjami, to uczniowie startujacy na typowo graficzne kierunki mają jeszcze przed sobą trochę egzaminów. Przeszłam I etap na Akademii Sztuk Pięknych wydziału Grafiki. II etap to egzamin praktyczny, czekam na wyniki, które zdecydują czy będę mieć autoprezentację. Praktyczny trwał 5 dni, rysunek, malarstwo i kompozycja, która w tym roku polegała na zaprojektowaniu okładki i ilustracji do Czerwonego Kapturka. Super.
[Lipiec 2010]
Nie przeszłam II etapu, zgodnie ze swoim planem wystartowałam więc do Polsko-Japońskiej Wyższej Szkoły Technik Komputerowych. Prywatna uczelnia informatyczna z kierunkiem Sztuki Nowych Mediów współpracujący z ASP. Była rozmowa, była teczka i udało się. Jestem studentką. Jestem wolna. Mam wakacje! Mam czas!
Nie do końca jeszcze do mnie dociera, że to był ostatni rok w szkole.
Ten czas był wbrew pozorom mało produktywny, pozorna nauka do egzaminów jest największą stratą czasu. Jednak nie uważam czas za zupełnie stracony, ten rok był inny, dał mi pewne życiowe doświadczenia. I to pomimo ciągłego braku czasu, rysunkowego zapieprzu (za późno się zdecydowałam na ASP) i matury, którą napisałam nienajgorzej.
Absurdem jest stawianie swojej przyszłości na kilku egzaminach w życiu, uczciwą, ciągłą pracę można w pewnym momencie wyrzucić, nauka pod koniec okresu pod kątem schematycznego egzaminu jest kolejną stratą czasu, bo nic z tego praktycznie nie wynosimy. Wiedza powinna być oceniana na podstawie wieloletniej pracy, oceniana w systemie punktowym nie w małoskalowym systemie ocen.
Tak czy inaczej, wróciłam! I mam nadzieję, że po takiej przerwie jeszcze ktoś to będzie czytał.
Przy okazji wrzucam najbardziej pozytywny utwór jaki w życiu słyszałam.
# Edward Sharpe & The Magnetic Zeros – Home
Piękne indie-folkowe brzmienia, czyniące z każdego na chwilę beztroskiego hipisa, który bansuje do rytmu.
Najpiękniejszym momentem byłoby wyjść na plażę o wschodzie słońca i puścić ten utwór. Oooh. Pozytyw bije z każdej nuty, sam zespół wydaje się taki beztroski (patrz występy na żywo), jednak niezawsze tak było. Wokalista tego zespoły Alex Ebert pierwotnie chciał zostać raperem, uwielbiał hiphop. Był później członkiem punkowego zespołu Ima Robot, aby w końcu dla odmiany, po latach brania narkotyków i odizolowania od świata znaleźć spokój. W rezultacie powstało jego alter ego Edward Sharpe, wykreowany na brodatego hipisa.
Mam to ustawione w budziku od dłuższego czasu. I wcale przez to moja sympatia do utworu nie maleje, wręcz każdego poranka chce mi się wstawać :-D
Polecam też Janglin oraz inne utwory z jedynego albumu Up From Below (2009).
Już kilka osób mnie upewniło, że mogę zamieścić źródła anglojęzyczne w bibliografii do prezentacji maturalnej, zresztą to przecież wydawało się logiczne, że można. To nie powinien być mój problem jezeli ktoś nie zna angielskiego, przecież w polskim systemie edukacji jest obowiązkowy.
Uspokojona, zamieściłam tam artykuły z Guardiana i New York Times’a o fenomenie Mony Lisy jako ikony popkultury. Teksty idealnie pasujące do mojego tematu o kulturze masowej.
Kilka dni później moja polonistka niemiło mnie zaskoczyła mówiąc, że w naszej szkole zdecydowano nie pozwalać uczniom korzystać z źródeł anglojęzycznych.
To mój rekord, nie pisałam równe 2 miesiące. Mam nadzieję, że ktoś jeszcze ma we mnie wiarę i nie wyrzucił mnie z subskrypcji na dobre. Witam tych, którzy pozostali :)
Jestem w klasie maturalnej i szczerze to jakoś nie mam zbytniego entuzjazmu do tworzenia jakiekolwiek contentu + brak czasu itd. Czasem więc pojawią się wpisy zbiorcze, więc ich serię tych sezonowych myśli pozwole sobie tak ot nazwać Cholernikiem (maturzysty).
Od koło pół roku przyjęłam rolę zwykłego, biernego użytkwnika Internetu, podobnego do tych którymi się na codzień otaczam. Zrozumiałam w końcu na czym polega niektórych problem nudy w sieci i dlaczego tak często przesiadują na społecznościówkach Gronie (a teraz jeszcze i Facebooku) czy Fotce.
Tworzenie contentu wymaga samozaparcia i odpowiedniego stosunku do Internetu. Natomiast w moim środowisku wiadome jest, że Internet to narzędzie przyszłości, jednakże to zbyt odległa kwestia, którą zajmują się “specjaliści”, zaś najbliżej jest uznawany jako źródło rozrywki i kontaktu z najbliższymi. Dla większości więc granice Internetu to portale społecznościowe posiadające polską wersję językową, JoeMonsters, YouTube etc. W tym roku nieco jeszcze poszerzyły się o Demotywatory, które są uznawane za największe wydarzenie internetowe w Polsce w 2009. Znane już kupę czasu temu wśród aktywnych internautów, teraz świetnie przyjęły się w końcu na polskich kablach. Najlepiej możemy to zauważyć wchodząc do biblioteki szkolnej w czasie przerwy.
Jestem całkowicie i bezpowrotnie uzależniona od muzyki. Wszędzie muszę ją mieć ze sobą, w każdej, bezczynnej chwili nerwowo sięgam po oplecione wokół szyi słuchawki. Mówiłam kiedyś, że uwielbiam miejską kakofonię, dźwięki w autobusie, ale to niestety nadal przegrywa z moją własną, bolesną muzyką.
Szczególnie zajęcia z Rysunku, nie przeżyłabym bez muzyki. U mnie tworzenie zawsze wiązało się z melodią. A gdy wracam do domu szybko uruchamiam komputer żeby włączyć Foobara i kliknąć w “play”. Nawet podczas nauki nie powstrzymuję się od wyłączania komputera, który po prostu pełni rolę kombajnu muzycznego.
Pamiętam dni, w których odtwarzacz mp3 mi się rozładowywał lub słuchawki się psuły i były to dni bolesne, wybrakowane, beznadziejne. Na szczęście teraz moja empegrajka jest ‘bezbateryjna’ i zawsze do szkoły noszę ze sobą ładowarkę. Nie mówiąc już o tym, że mam teraz nowy, porządny telefon z odtwarzaczem, dzięki czemu czuję się jeszcze pewniej.
Jednym z celów (bo chyba nie efektów ubocznych?) postępu technicznego jest wyręczanie nas z różnych, z pozoru nieistotnych czynności. Ogółem rzecz biorąc, w rezultacie cofamy się w rozwoju. Owszem, zbiorowa inteligencja i zaradność zwiększyła się, ale jednostka stała się słabsza niż kiedykolwiek.
Jesteśmy dziś rozpieszczeni, zepsuci i zajebiście leniwi.
Tak, jestem typem osoby, która ból i cierpienie traktuje jako jedną z najistotniejszych rzeczy w ludzkim życiu. Takie samo nastawienie mam do drobnych, życiowych prac i czynności, czy też niekiedy rezygnacji z udogodnień (mowa tylko o nastawieniu, bo przyznam się, będąc zepsuta i leniwa do potęgi n-tej, trudno mi faktycznie realizować pewne prace).
Każda doza tych elementów kształtuje nasz charakter i czyni nas mądrzejszymi, mówiąc moralizatorsko.
A co to za małe, życiowe prace?
Potraficie sobie przypomnieć motywy z różnych gatunków literackich, gdzie niedoświadczony bohater, aby osiągnąć pewien tytuł czy umiejętności, musiał przejść specjalne szkolenie swojego nauczyciela? Mistrzowskie szkolenie okazało się wypełnianiem prac domowych, tj sprzątanie, pranie, szorowanie podłogi, ręczne mycie naczyń zamiast używania zmywarki. Potem, pod koniec, nauczyciel czasami mawia, że bohater fizycznie był już gotowy od początku, a szkolenie służyło jedynie ćwiczeniu woli, cierpliwości i zmianie nastawienia. To dość klasyczny motyw, ale chwilowo jako przykład mam w głowie tylko “Karate Kid” i chociażby anime-klasyka “Dragon Ball”.
I oto mi właśnie chodzi, o wypracowanie sobie charakteru i rezygnację z niektórych wygód. Niby życie to nie film, ale film to życie. Może nie całkowicie nasze, ale życie.
No i z powrotem w Polsce, co prawda już trochę czasu minęło od mojego powrotu, ale nie mogłam po prostu wykrztusić z siebie cokolwiek na tym blogu. Nie wiedziałam od czego zacząć, jak treściwie opowiedzieć swój pobyt, jak zawrzeć i wytłumaczyć swoją sympatię do Amerykanów by nie wywołać ironicznych uśmieszków. Nic nie potrafiłam napisać, odjęło mi mowę po prostu. A teraz mam wrażenie, że ten blog zaczyna tonąć, więc trzeba założyć kamizelkę ratunkową. Przerywam milczenie. (wpis powstał jakieś 2 tygodnie temu, nie wiem czemu nie mogłam kliknąć “Publish”)
Niektórzy chyba sceptycznie odnoszą się do tego o czym mówię o amerykańskim społeczeństwie. Np, moja starsza siostra twierdzi, że sam uśmiech nie oznacza otwartości i pewnie tamci próbują się sztucznie przymilać do turystów. O ile to nie są właśnie sami turyści. Ale przecież nie jestem taka głupia, żeby nie poznać sztucznego uśmiechu jak i samych turystów. Wierzcie, że oba spokojnie rozpoznam na kilometr.
I ta sympatia nie ma żadnego związku z młodzieżowym przekonaniem, że Ameryka to kolebka dzisiejszej popkultury, efektownych filmów, muzyki popularnej i w ogóle źródło wszystkiego co fajne (wśród młodzieży). Wierzcie, nie przyjechałam tam ze świecącymi oczkami, za różowymi okularami.
Prócz sławnych punktów w mieście (w których przeciętny mieszkaniec w ogóle nie był) grunt to też zaznać amerykańskiego zycia. I poszliśmy do kina.
Byliśmy na 3 skrajnie róznych seansach, “The Proposal” (kom. romant.), “Drag me to hell” (horror), i “Ice Age 3” (familijny).
Bilety kosztowały 12$, czyli koło 37zł, więc jak na polskie standardy to tu sie nieźle trzeba wykosztować.
Fajną rzeczą jest to, że nie ma miejscówek – kto pierwszy ten lepszy. Ale co dziwne, dużo ludzi siedziało stosunkowo nisko, niekiedy tuż przed ekranem, tak więc ostatnie rzędy były dostępne dla nas.
Społeczne różnice między Europejczykami a Amerykanami o których za każdym razem wspominam, nawet w kinie się odznaczają. Amerykańska otwartość zamienia się w wylewność, widownia jest głośna i bardzo empatyczna. Niekiedy przypomina tą widownię z sitcomów, ale nie brzmi to jednak sztucznie. Oni szczerze się śmiali z najmniejszych gagów. Ktoś złośliwy powiedziałby, że mają niski poziom inteligencji i humoru, ale spróbujmy pomyśleć inaczej.
Poczułam, że ci ludzie są duzo bardziej zrelaksowani niż Polacy, albo jeszcze lepiej, niż Europejczycy. Stąd bierze się ich beztroska, wesołość i otwartość. Kino to rozrywka, przyszli tu by się rozluźnić a więc tak robią, zapominając o wszelkich problemach. Podczas gdy na starym kontynencie zmartwienia chodzą za ludźmi jak cienie.
Okej, to już zbyt daleko idące wnioski, troszkę mnie poniosło, przyznaję. Jednak musiałam nieco wyolbrzymic byście mogli zrozumieć moją myśl.
Podoba mi się ta amerykańska wylewność, bardziej niż europejski krytycyzm i europejskie zdystansowanie. Ten niepoprawny optymizm zresztą chyba służy Amerykanom w ich życiu. Wydają się być szczęśliwi, tak jak dezyderata poleca.
# 'widziałeś ten filmik?' - 10/08/2010 # 23:45
Przypomnijcie mi, bo nie pamietam, jakie linki przesyłaliśmy sobie 5 lat temu, kiedy jeszcze nie było YouTube’a czy też Demotów? Czy w ogóle wymienialiśmy się linkami, które dzisiaj są nieodłączną, a niekiedy jedyną częścią rozmowy? Właśnie zdaję sobie sprawę z tego, że część moich rozmów na gadu z pewnymi osobami składa się niemalże tylko z przesyłanych linków (najczęściej do YouTube’a), komentarzy i innych ekslamacji do klipu czy demota.
Skomentuj [5]
# PUK - 10/10/2009 # 20:54
Zablokowałam sobie SIMa, który zaządał kodu PUK. Jego z kolei zgubiłam kilka lat temu, więc delikatnie rzecz biorąc wpadłam w panikę. Otóż mam kartę pre-paid w Orange POP i to na dodatek nie zarejestrowaną, a z tego co wyczytałam mogłam się pożegnać już z numerem. Poszłam do salonu Orange, czekałam pół godziny aż konsultant mnie przyjmie. Koncepcja była taka, że mam się zarejestrować a wtedy mi podadzą PUK.
Pan z Orange podpytywał czy wiem jaki jest stan konta i czy potrafię podać numer, z którym się najczęściej kontaktuje. Powiem szczerze, że ja nie mam w zwyczaju wiedzieć ile mam na koncie. Na szczęście podejrzałam wcześniej moje konto na orange.pl. I wygrałam, co mnie strasznie cieszy. Odzyskajcie swój PUK, zarejestrujcie i w ogóle. Skomentuj [6]
# ktoś to czyta? - 19/09/2009 # 05:07
Czy ktoś w całości czytał mój wpis o kaligrafii? Martwi mnie to, że już nie czytamy treści w Internecie, a zamiast tego przeglądamy je. Znam to z autopsji, chociaż jestem tego świadoma i usiłuję dokładnie czytać pomimo mojego rozproszenia. Często nie mogę się skoncentrować na czytanym artykule i niekiedy zaczynam czytać na głos żeby zająć swoją głowę :->. Nie mówiąc już o tym, że nie raz nie docieram do końca. Niedługo zacznę sobie wszystko drukować. Wydaje się, że to wina tej ilości informacji w dzisiejszych czasach, strumień informacji jest niewiarygodnie wielki, jesteśmy non-stop bombardowani. Jednak z drugiej strony nie bez powodu pomijam kilka akapitów – autor leje wodę. To też jest w jakiś sposób ostatnio powszechna tendencja…nie? Skomentuj [21]
# w drogę - 07/09/2009 # 01:30
Jakiś tydzień temu zaczęłam swój praktyczny kurs jazdy, czemu raczej niedowierzałam. Przypomina mi to wczesne czasy przedszkola gdy nie mogłam uwierzyć, że kiedykolwiek nauczę się tej magicznej czynności jaką jest czytanie, a co dopiero pisanie! A gdy już zaczęłam się uczyć, ekscytacja zastąpiła brak wiary. I było/jest dokładnie tak samo jeżeli chodzi o jazdę samochodem. I nadal trochę niedowierzam, ja dorastam! :P Podświadomie chyba zawsze myślalam, że zostanę Piostrusiem Panem i sprawę dojrzewania odstawiałam na dalszy plan :>
Już 3 razy wyjechałam na miasto i naprawdę, pomimo znanych warunków na stołecznych drogach i warszawskich piratów, czuję się świetnie za kółkiem! :-P Polecam dość świeży artykuł, analizę psychiki polskiego kierowcy w Dużym Formacie i weźcie to sobie do serca jeżeli jesteście lub będziecie kierowcami. Skomentuj [8]